Szef Reporterów bez Granic Robert Menard, który zakłócił w greckiej Olimpii ceremonię zapalenia olimpijskiego znicza, zapowiedział prowadzenie akcji aż do 8 sierpnia, czyli dnia otwarcia igrzysk olimpijskich w Pekinie.
- Będziemy kontynuować podobne akcje aż do 8 sierpnia - oświadczył Menard przez telefon z komisariatu w Pyrgos, 80 km od Olimpii, gdzie jest przesłuchiwany przez grecką policję.
Menard wraz z dwoma innymi działaczami próbował zbliżyć się do trybuny, gdzie przemawiał prezydent komitetu organizacyjnego igrzysk w Pekinie Lieu Qi, i rozwinąć transparent z napisem "Bojkotujcie kraj, który depcze prawa człowieka". Wszyscy zostali natychmiast zatrzymani.
- Chcemy, by szefowie państw zagranicznych zbojkotowali ceremonię otwarcia igrzysk. Nie mamy nic przeciwko olimpiadzie ani sportowcom. Ale uczulamy państwa świata na fakt, że Chiny są największym więzieniem świata - oznajmił Menard. Dodał, że jeszcze nie wie, czy zostaną mu przedstawione jakieś zarzuty.
W starożytnej Olimpii zapłonął w poniedziałek olimpijski znicz, który niesiony będzie przez 137 dni do Pekinu. Jego droga zakończy się 8 sierpnia, gdy w stolicy Chin rozpoczną się igrzyska olimpijskie.
Ceremonia zapalenia olimpijskiego znicza tradycyjnie odbyła się w ruinach świątyni Hery w antycznej Olimpii na Peloponezie. Ogień rozpalony został przy pomocy promieni słonecznych przez grecką aktorkę Marię Nafpliotou, która wcieliła się w rolę kapłanki Hery.
Ogień przez Europę wędrować będzie do Paryża i Londynu, a następnie przeniesie się za ocean. Tam gościć będzie m.in. w San Francisco i Buenos Aires. Z Ameryki trafi do Azji, gdzie przejdzie przez Islamabad, Bombaj, Bangkok, Kuala Lumpur, Dżakartę, Nagano, Seoul, Pyongyang, Ho Chi Minh, Taipei, Hongkong, Makao, i wreszcie do Chin. Na trasie pochodni będzie też anektowany w 1949 roku przez Chiny Tybet, który do dzisiaj stara się o niepodległość. Tam ogień wniesiony będzie na najwyższy szczyt ziemi Mount Everest.
Od kilkunastu dni w Tybecie trwają antychińskie zamieszki. Wystąpienia są krwawo tłumione przez Pekin. Tybetański rząd na wygnaniu, mający swą siedzibę w indyjskim mieście Dharamsala, informuje o 130 śmiertelnych ofiarach.
Źródło: Gazeta.pl